Historia Klasztoru

    Źródłem do historii fundacji zakonnej w Sadowiu jest przede wszystkim Kronika klasztorna — pisana do roku 1939 .w języku włoskim przez kolejnych przełożonych narodowości włoskiej, O. Bartłomieja Rapettiego i O. Piusa Falco — oraz relacje pierwszych jego mieszkańców, zwłaszcza Brata Franciszka Użarowskiego. Cennym przyczynkiem do poznania początków fundacji są relacje naocznych świadków i współpracowników, miejscowych i z okolicy, utrwalone na piśmie lub taśmie dźwiękowej. Szczególne znaczenie ma opis hr. Bogdana Szembeka pozostawiony dzieciom, uzyskany od nieżyjącej już córki, Ireny Bobbè.

   Najpierw jednak nieco informacji o samym zakonie Męki Pańskiej, czyli Pasjonistów. Założył go w osiemnastym wieku we Włoszech św. Paweł od Krzyża (1694 — 1775) dla krzewienia w świecie kultu Męki Chrystusa, do czego każdy pasjonista zobowiązuje się specjalnym ślubem. Zakon, który swoje klasztory i placówki misyjne rozsiane ma na wszystkich kontynentach, poświęca się głównie pracy misyjnej wśród pogan oraz działalności duszpasterskiej przez urządzanie misji i rekolekcji parafialnych.

   Do Polski przysłał Pasjonistów z Rzymu papież Pius XI w roku 1923. Biskup płocki Antoni Julian Nowowiejski przekazał im 16-wieczny klasztor w Przasnyszu ufundowany przez rodzonego brata św. Stanisława — Pawła Kostkę z pobliskiego Rostkowa, dla Bernardynów, którzy w nim mieszkali i działali do czasu kasaty w XIX wieku. Pasjoniści, nieznani dotąd zakonnicy z białym sercem i krzyżem na czarnym habicie, z bosymi stopami w sandałach, odbywający regularnie nocne czuwania modlitewne i inne pokuty, okazali się atrakcyjni. Z wyjątkiem dwóch Polaków — O. Juliusza Dzidowskiego i Brata Kazimierza Staszewskiego — reszta mieszkańców klasztoru była narodowości włoskiej, amerykańskiej, francuskiej i hiszpańskiej. Młody O. Juliusz, płomienny kaznodzieja-misjonarz, oddawał się gorliwej pracy rekolekcyjnej i misyjnej. Inni, po opanowaniu języka polskiego, okazali się znakomitymi spowiednikami i kierownikami dusz. Wkrótce też otwarli gimnazjum z internatem dla kandydatów na misjonarzy-pasjonistów. Czynny był nowicjat. Powołań nie brakowało. Obszerny klasztor stawał się za ciasny. Należało pomyśleć o nowym. Przełożony przasnyskiego klasztoru, O. Bartłomiej Rapetti, przesyłając z okazji świąt Bożego Narodzenia roku 1931 życzenia Księdzu Prymasowi Augustowi Hlondowi, wspomniał o zamiarze otwarcia nowej placówki. Nie omieszkał przy tym zaznaczyć, że ze względu na brak funduszy zakon poszukuje dobroczyńcy chętnego zaofiarować gotowy obiekt lub przynajmniej teren na rozpoczęcie budowy klasztoru. Okazało się, że właśnie wspomniany już hrabia Szembek powiadomił Ks. Prymasa o zamiarze ofiarowania na taki cel części swej posiadłości w Sadowiu. Powiadomiony o tym przez Księdza Kardynała O. Bartłomiej udał się do Wysocka, skąd w towarzystwie Szembeka do Sadowia, by obejrzeć teren. Tutaj oddajmy głos p. Szembekowi: „Zawiozłem O. Bartłomieja do Sadowia na górę żwirową i oświadczyłem, że pragnąłbym, aby tu stanął kościół. Więc rozejrzał się wokoło. A z tej góry, 185 metrów nad poziomem morza, widać Kalisz. Chełmce, Grabów, Ostrzeszów i Odolanów. Obejrzawszy się, ukląkł i rozpłakał się. Stanęło na tym, że mu ofiaruję 10 hektarów, w połowie góry żwirowej, świeżo zagajonej, a w połowie pola”. O. Bartłomiej zanotował w Kronice, że hrabia postawi! warunek, aby Pasjoniści zobowiązali się, iż nigdy fundacji nie przekażą komuś innemu, lecz pozostaną w Sadowiu na zawsze. Dla gwarancji, że w bezpośrednim sąsiedztwie klasztoru nikt nie będzie wznosił zabudowań, ofiarodawca przekazał swojej córce Zofii teren przylegający do klasztornego.

    W kwietniu 1932 roku w Wysocku przeprowadził rekolekcje O. Pius Falco z Przasnysza, a następnie obaj z O. Bartłomiejem udali się do Poznania i byli serdecznie przyjęci przez Ks. Prymasa, który nadał im dekret przyjmujący Pasjonistów do diecezji. Na rozpoczęcie budowy klasztoru Arcypasterz dołączył hojną ofiarę — tysiąc złotych. Brat Franciszek pisze w swoich wspomnieniach: „Do Sadowia wyjechałem z Przasnysza z O. Bartłomiejem 10 maja 1932 r. Mieliśmy obaj około stu złotych na budowę nowego klasztoru. Idąc z Wysocka do Sadowia, odmawialiśmy różaniec. Po drodze spoglądali na nas ludzie, a grupka dzieci i kobiet przyszła z nami na górkę. Właśnie skończyliśmy różaniec. Ludzie widząc, że się modlimy, prosili, aby się pomodlić o deszcz, bo jest bardzo sucho. I oto rzecz godna uwagi: nie wiadomo skąd nagle zerwał się wiatr, poczęło się kotłować i chmurzyć i zaczął padać tak rzęsisty deszcz, że musieliśmy prawie biegiem uciekać do baraków. O. Bartłomiej powiedział: „Dziękujmy Bogu i Matce Bożej, bo to znak, że Matka Boża chce, by tu powstał klasztor”.

    O. Bartłomiej z Bratem Franciszkiem zamieszkali w Sadowiu, w domu sędziwej matki hrabiego. W sieni „pałacu” urządzili kaplicę z Najświętszym Sakramentem i tam odprawiała się Msza św. dla miejscowej ludności. W Kronice klasztornej czytamy: „W niedziele i święta wierni musieli stać na zewnątrz pod gołym niebem. Ale przez cały czas, kiedy tam Msza św. była odprawiana — od 3 lipca do 1 listopada 1932 r. — pogoda zawsze dopisała”. Hrabia co dzień przychodził pieszo na Mszę św. z odległego ok. 4 km Wysocka. Później, gdy nabożeństwa odprawiano już w kaplicy klasztornej, w okresie letnim odbywał codzienną pielgrzymkę na „Golgotę” nie tylko pieszo, ale i boso.

    Ponieważ Dekret Księdza Prymasa otrzymali Pasjoniści w uroczystość Opieki św. Józefa, toteż O. Bartłomiej oddał całą fundację pod jego opiekę. A ta opieka okazała się widoczna i namacalna. Oto jeden z faktów zanotowany przez Szembeka: „Ludzie pracowali przeważnie za „Bóg zapłać”, ale jednak coś Ojciec musiał płacić. Raz przy śniadaniu na werandzie domu u matki w Sadowiu mówi, że dziś — a była to sobota — musi wypłacić robotnikom trzysta trzydzieści sześć złotych, a nie ma nic. Na to z odległości kilkunastu kroków woła nadchodzący listonosz: „Mam dla Ojca pieniądze!” I wymienia dokładnie taką sumę, jaka była potrzebna. Spojrzeliśmy na siebie. Ufność nie zawiodła. — Innym razem, we żniwa, kiedy z trudem z powodu suszy podorywałem ścierniska, Ojciec w piątek mówi do mnie, że przyszedł wagon cementu, a chłopi nie mogą mu go zwieźć, bo jeszcze żyto sprzątają. A na niedzielę nie można zostawić dla postojowego. Więc czy bym nie przywiózł? Ja mu mówię: Dobrze, przywiozę, ale —mówię żartem — pod warunkiem, że w niedzielę będzie padał deszcz, żebym sobie tę żmudę łatwiejszą orką odbił. Na to spoważniał, zamyślił się i powiedział: „Dobrze”. I w niedzielę deszcz padał!

    Brat Franciszek przytacza fakt podobny do wyżej cytowanego o opiece św. Józefa: „Opowiadał mi O. Bartłomiej, że potrzeba było na dach budującego się klasztoru większej ilości drzewa. Poszedł więc na tartak do Sieroszewic i drzewo dostał, ale zobowiązał się słowem kapłańskim do zapłacenia 400 złotych w sobotę. W czwartek udał się do Ostrowa, by te czterysta złotych pożyczyć, a po drodze modlił się: Święty Józefie wspomóż, bo dałem słowo kapłańskie, że w sobotę doręczę pieniądze. Tego zaś dnia właśnie otrzymał telegram z Przasnysza, że umarł O. Grzegorz Piegża (wrzesień 1932). Mówił: Jako przełożony koniecznie musiałem jechać na pogrzeb, a ciężko było. Co robić? Modliłem się więc: Święty Józefie, ja muszę jechać na pogrzeb, a gdzie moje słowo kapłańskie? Ludzie powiedzą, że O. Bartłomiej uciekł. Święty Józefie, ratuj, masz być patronem tego klasztoru. W piątek, strapiony i z bólem serca, po Mszy św. przygotowywał się do wyjazdu. I oto przed wyjściem, przyjechał listonosz i wręczył Ojcu czek na 400 złotych. Mówił O. Bartłomiej: Przyglądałem się kilka razy, ale myślałem, że to pomyłka w piśmie, że chodzi o cztery złote. Przyszedł pan hrabia i potwierdził, że jest wyraźnie napisane 400 złotych... Gdy Ojciec mi to opowiadał, miał łzy radości i dodał: Pan Bóg mnie pocieszył i św. Józef. Dziękujmy Bogu!”

    Należy podkreślić, że O. Bartłomiej był człowiekiem wielkiej wiary, pobożności i pokory. Hrabia, podobnie jak wielu ludzi, uważał go za świętego i na znak czci przy każdym przywitaniu i pożegnaniu całował go w rękę. W swojej relacji zanotował: „Kiedyś Ojciec odwiedził klasztor Matki Czackiej w Laskach koło Warszawy. Powróciwszy, opowiadał mi o niej w superlatywach i zakończył: «To święta kobieta!» A kiedy potem w Laskach mówiłem o Nim Matce Czackiej, znów Ona powiedziała: «To święty człowiek!» I oboje mieli rację. A ja miałem szczęście znać takich świętych nie z obrazka,, ale w życiu, i to jakże trudnym życiu”.

    W „Kronice Publicznej Szkoły Powszechnej w Sadowiu” miejscowy nauczyciel, Edmund Zwierzycki, napisał o O. Bartłomieju: „Był to bardzo gorliwy kapłan, jako człowiek nadzwyczaj dobry, bardzo lubiany przez Zgromadzenie oraz przez wiernych, z którymi choć na krótko miał sposobność gdzieś pracować. Był on w Polsce dopiero kilka lat, lecz jak często się wyrażał, Polskę i naród polski gorąco pokochał i tu pragnął umrzeć i złożyć swoje kości w polskiej ziemi, którą umiłował jako drugą swoją ojczyznę. Niestety, nie spełniły się jego marzenia i pragnienia, gdyż z pewnych względów za czasów sanacji zmuszony był opuścić Polskę — i wyjechał do Włoch”.

    W tych początkowych latach w Sadowiu przebywał i pracował inny jeszcze Włoch, wspomniany już O. Pius Falco, który z krótkimi przerwami pełnił funkcje przełożonego i mistrza nowicjatu; do roku 1939. O nim w swoich Wspomnieniach pisze Brat Franciszek: „Gdy wstąpiłem do zakonu 7 marca 1927 roku w Przasnyszu, O. Pius był wicemistrzem nowicjatu. Już dostatecznie opanował język polski. Podobnie jak O. Bartłomiej był muzykalny i ładnie śpiewał. Dużo mu zawdzięczam. Był bardzo przystępny, jak matka. Zawsze uśmiechnięty W sprawie zachowywania przepisów zakonnych był wymagający, ale nawet kiedy zadawał pokutę za wykroczenia, to nowicjusze chętnie ją wykonywali, nie czuli żadnej niechęci i zaraz szli do niego jak do matki. Był bardzo wesoły, ale w czasie modlitwy skupiony. Nie dbał o wygody i jedzenie, mało sypiał. Był usłużny. Kiedy chodziło o posługę kapłańską czy załatwienie innych spraw, zawsze z uśmiechem podejmował, się ich wykonania. Odznaczał się delikatnością, nikomu nie chciał sprawić kłopotu. Mimo wyglądu grubaska, był szybki jak sarna, że żaden nowicjusz nie mógł mu sprostać. Jednak słaby na zdrowiu czasem zapadał na kilka dni, choć prawie nigdy nie leżał. Na Niedzielę Palmową, chyba 1933 roku, musiał iść do szpitala w Ostrowie. W Wielki Piątek w klasztorze nie było żadnego kapłana, a ludzi dużo przyszło do spowiedzi. Wziąłem bryczkę i pojechałem do szpitala. Powiedziałem mu: «Proszę Ojca, dość chorowania. W Sadowiu nie ma kto spowiadać, a sporo ludzi czeka, obiecałem im, że przywiozę Ojca». Ale opiekująca się nim Siostra nie pozwoliła. Uśmiechnął się i powiedział: «Siostro, z nim się nie poradzi. Wstanę i pojadę». Przywiozłem go, posadziłem w rozmównicy przy żelaznym piecyku, dałem ciepłej herbatki i Ojciec wyspowiadał ludzi... Bardzo lubiłem pieśń «Bogurodzica Dziewica»; do starości nie mogę się nią nasycić. Gdy wracałem do klasztoru z kwesty, zawsze mi śpiewał po Mszy z muzyką na fisharmonii”. On także pokochał Polskę; może jeszcze bardziej niż O. Bartłomiej. Pragnął nawet przyjąć obywatelstwo polskie, by mógł tu pozostać do końca życia. Zmuszono go jednak podczas drugiej wojny do powrotu do Italii. A gdy po wojnie nie mógł uzyskać zezwolenia na powrót do Polski, został skierowany do Ziemi Świętej. Tam, w Betanii koło Jerozolimy, gdzie Pasjoniści mają swój klasztor, zbudował kościół. Służył też posługą duszpasterską Polakom rozsianym po Ziemi Świętej. I nie tylko Polakom, bo oprócz języka włoskiego i polskiego, znał także francuski i arabski. Z wdzięcznością wspominają go różne rodziny zakonne, także polskie Elżbietanki. Utrzymywał korespondencję z nami, polskimi Pasjonistami, pisząc najczystszą polszczyzną. Na skutek paraliżu zupełnie stracił mowę. Przewieziony do generalnego domu swego zakonu w Rzymie, kilkanaście lat spędził na łożu boleści, dając przykład wielkiej cierpliwości, pobożności i pokory chrześcijańskiej. Zmarł w opinii świętości. Opublikowano jego życiorys, sporo miejsca poświęcając 16-letniej działalności w Polsce.

    Wspomniany także świetny misjonarz, O. Juliusz Dzidowski, w pierwszych latach fundacji bywał zapraszany z kazaniami z Przasnysza do Sadowia na większe uroczystości. Przez pewien okres był tu także przełożonym. Hrabia Szembek wspomina: „O. Juliusz był największym kaznodzieją. Mówił na modłę włoską, z silną gestykulacją i tak się przejmował, że zdarzyło się, iż zemdlał na ambonie”. Dodajmy, że zdarzyło mu się to niejednokrotnie, gdyż popadał w tak wielki patos i tak dogłębnie przeżywał treść głoszonych prawd Bożych, zwłaszcza o Męce Chrystusa, iż nierzadko znoszono go z ambony pozbawionego sił. Bardzo to oddziaływało na słuchaczy. A głos miał tak potężny, że bez głośników bywał słyszany na odległość paru kilometrów, co wydaje się wprost niewiarygodne. Wierni z takim przejęciem słuchali jego kazań, że podczas każdego niemal kazania wzruszeni na głos płakali. I o nim wspomina Brat Franciszek: „Przyjechał z kazaniami na nasze zakonne święta, 14 i 15 września, do Sadowia — na uroczystość Podwyższenia Krzyża św. i Matki Bożej Bolesnej. Powiedziałem mu: Niech Ojciec sobie gardła nie nadweręża, bo Poznaniacy płakać Ojcu nie będą. I w obydwa dni w czasie kazań lud plackiem leżał na placu i głośno szlochał. Prawie że mnie się to udzieliło”.

    Pracami budowlanymi kierował przeważnie Jan Banach, miejscowy majster murarski z dużą ekipą pomocników z Sadowia i okolicy. Nie sposób wymienić ich tutaj wszystkich po nazwisku. Podobnie i ofiarodawców z Ostrowa i innych miejscowości. Ich nazwiska uwidoczniła Kronika klasztorna, a przede wszystkim Pan Jezus w swoim Sercu.

    W opisie hr. Szembeka czytamy: „Budynek duży rósł jak na drożdżach. Falą płynęły dary i pieniądze. O. Bartłomiej nie zawahał się napisać nawet do Ojca Świętego (Piusa XI) z prośbą o paramenta kościelne. I dostał złoty ornat, kapę i dalmatykę (niższej klasy, jak sam stwierdził). Ale dostał też ostrą naganę od swojej Władzy, że ośmielił się pisać wprost z pominięciem zarządu generalnego”.

    Budowa rozpoczęta z początkiem czerwca, jesienią już zbliżała się do końca. Ksiądz Prymas Hlond przyjechał do Sadowia 6 listopada 1932 roku i poświęcił kaplicę. Towarzyszył mu wojewoda poznański, hr. Raczyński, i grono duchowieństwa. Wielkie rzesze wiernych z okolicy zaplanowały przybycie na tę uroczystość, ale deszcz padający całą noc przeszkodził. Szczegółowy przebieg uroczystości podaje Kronika klasztorna a także ostrowska prasa: „Orędownik Ostrowski” i „Dziennik Ostrowski”.  

    Stolica Apostolska dekretem z dnia 4 listopada 1932 roku upoważniła Generała zakonu do kanonicznego erygowania klasztoru w Sadowiu. „Ludność była uradowana z tego pierwszego na daleką okolicę klasztoru” - pisze hr. Szembek. „Zakonnicy byli bardzo gorliwi i bezinteresowni, co zresztą pobudzało do nadzwyczajnej ofiarności. Ojcowie wyjeżdżali też na Misje, które cieszyły się wielkim powodzeniem. Miałem radość dowiedzieć się, że w pierwszym roku po poświęceniu rozdzielili w klasztorze, który nazwali «Golgotą», około czy ponad 10 000 Komunii św. ...Na najwyższym punkcie postawiliśmy trzy krzyże. Na największy krzyż dałem mój kochany dąb z ogrodu. Do framugi na szczycie klasztoru wstawiłem figurę św. Józefa. Ojcowie zbudowali pod prostym kątem do klasztoru* duży budynek gospodarczy. Zasadzili duży sad”.